Nikola i Marcin | Porana sesja ślubna nad morzem | Gdańsk

Pandemia już nas wszystkich powoli męczy, widzę znaczny spadek zainteresowania Par Młodych organizacją ślubów i wesel – to oczywiste. Z tego też powodu ucichłem nieco ostatnio w tej kwestii. Nie jest moim zdaniem zasadne bombardowanie social mediów zdjęciami ślubnymi w sytuacji kiedy wszyscy, zarówno branża jak i pary młode nie wiedzą na czym stoją. Tak było do niedawna, ale widzę że powoli zaczyna się to wszystko ruszać i przede wszystkim zaczyna się zmieniać nastawienie do ślubów i wesel. W ostatnim czasie miałem co najmniej kilka zapytań i byłem (lub lada moment będę) na kilku kameralnych ślubach organizowanych w duchu last-minute. Oczywiście organizacja ślubu i przyjęcia w miesiąc czy dwa to żadna nowość, sami z Kornelią swój ślub w ten sposób zorganizowaliśmy i było cudownie. Przewiduję jednak, że w najbliższym czasie wiele par, które w normalnych warunkach zorganizowałoby wesele, nazwijmy to full-size, zdecyduje się na kameralną uroczystość w gronie najbliższej rodziny. Bo nie będą chcieli czekać, bo nie wiadomo ile to potrwa, bo…

Wydaję mi się, że w ostatnich latach, w tym pędzie, zapomnieliśmy (wszyscy, jako społeczeństwo) o tym co na prawdę jest ważne. Że w dniu ślubu najważniejsze są przecież te dwie minuty, gdzieś w środku tego całego zamieszania. „Yes, I do”! Wiadomo, że taki dzień każdy chce świętować na swój sposób, z taką ilością gości jaką czujemy, że chcemy zaprosić. Nie taką, jaką tydzień wcześniej pozwoli nam zaprosić premier, minister zdrowia czy inny polityk. Nikt nie lubi niepewności. Czym naprawdę jest jednak ten „swój” sposób? Czy nie jest tak, że troszkę zapominamy o tym, bo jesteśmy bombardowani z każdej strony nowymi trendami weselnymi/ślubnymi. Instagramy, pinteresty, blogi… Zdjęcia koleżanek ze studiów, kuzynów i gości, których w zasadzie nigdy na oczy nie widzieliśmy, ale jakimś cudem facebook wyświetla nam ich zdjęcia…I w sumie nie mamy czasu pomyśleć o tym czego my chcemy i jak chcemy, żeby ten dzień wyglądał…

Praktycznie od początku mojego świadomego fotografowania ślubów starałem się skupiać na ludziach i relacjach między nimi. Nigdy nie koncentrowałem się na dużej ilości detali, kwiatów i innych ozdobników. Chociaż kiedy widzę, że to wszystko dookoła było dla państwa młodych ważnym elementem – również to uwieczniam. Rozmawiam o tym, pytam… Fotografuję jednak ludzi i na nich najbardziej mi zależy. Nie tylko na tej dwójce, która jest w tym dniu w centrum uwagi. Na babci z wnukiem bawiącymi się gdzieś w kącie sali weselnej, na rodzicach pary młodej, na gościach rozmawiających ze sobą w kolejce do złożenia życzeń. Wszystkie kadry, które decyduję się oddać w postaci finalnego materiału zdjęciowego (matko, co za straszne określenie!)… mogą być ważne dla młodej pary. Mają być pamiątką, którą prawdopodobnie docenią w pełni dopiero za jakiś czas. Nie mi to oceniać, staram się dokumentować wydarzenia tego dnia. Momenty, które w jakiś sposób, czasami podświadomie uznam za ważne i warte sfotografowania. I mimo iż nie wystrzegam się chwytliwych zabiegów technicznych, robienia „ładnych”, oryginalnych zdjęć to staram się z tyłu głowy mieć zawszę tą myśl, że za 5 lat najważniejszym zdjęciem z dnia ślubu może okazać się najprostszy portret z mamą/tatą/babcią czy dziadkiem. Dosłownie pstryknięty gdzieś mimochodem we, wspomnianym już wcześniej, ciemnym kącie restauracji.

Dlaczego piszę o tym tu, teraz i przy okazji tej sesji? Bo czuję, że to nasze poranne spotkanie na plaży w Górkach Zachodnich było tym właśnie – skupieniem się tylko i wyłącznie na nich – Nikoli i Marcinie. The girl and the boy who fell in love. Po prostu. Jutro zaczynam drugi sezon ślubny pod znakiem pandemii. Piszę te powyższe słowa chyba głównie dla siebie. Żeby pamiętać co tak na prawdę jest ważne.

Ostatnie wpisy

obejrzyj mnie...

Filip Maniuk
#: +48 509 49 66 49
@: info@filipmaniuk.com